Dopiero w połowie narracji

dowiedziałeś się, że od siedmiu lat masz psa. Szczeniaka właściwie.
Nie był jakiś super, dawało mu z pyska i trudno było Ci się przyzwyczaić do spacerów. No ale przecież przez te lata zdążyłeś się z nim zżyć.
Podobno dzięki niemu poznałeś też swoją żonę. Teraz przynajmniej wiesz, czemu jest weterynarzem.

Wracasz do domu, żona na dyżurze, pies podaje smycz. Bierzesz browarka, torebkę na klocka i dajesz nura w osiedle.
Po drugiej stronie ulicy, spuszczasz go ze smyczy i czekasz naprawdę długo, a następnego dnia wywieszasz nawet kartki ze zdjęciem.
Potem zaczyna się ta cała afera z trupami, i możliwe, że psa wcale nie było, choć stanowił on istotny element rozwoju postaci.
Czy tak się w ogóle mówi?