I ukazała się im ściana hipopotamów.

Jak okiem sięgnąć.
I wpadli w rozpacz, gdyż zaszli przecież już tak daleko, tylko po to by odbić się od tej hipopotamiej ściany, niczym fale o falochron.
No, ale łzy każdej rozpaczy (o ile ta nie zakończy się zbiorowym samobójstwem) wreszcie wysychają. Wytarli więc nosy i zaczęli radzić.
Każdemu wiadomo, że hipopotam, jako składnik ściany, ale też po prostu jako cielsko, jest surowcem klasy premium. Ilość wody, biomasy i rzadkich pierwiastków potrzebna do utuczenia jednego hipcia jest gigantyczna! Jego ślad węglowy nawet nie mieści się na wykresie (jeśli odpowiednio narysuje się wykres). A więc, idąc dalej, ile surowców trzeba poświęcić na hipopotamią ścianę? I to taką, jak okiem sięgnąć? Ile odpadów powstanie takiej ściany wygeneruje? Ile?
I doszli oni (tym razem nie nogami, ale drogą dedukcji), że za tą hipopotamią ścianą już nic nie ma.
No i znów rozpacz.