Ma wpisane w zawód,

że projektuje motyle, a w portfolio pdf’y motyli – takie kartki z czarno białymi motylami jakie dzieci dostają w przedszkolu, żeby potem im mogły pokolorować skrzydła.
I patrzysz na niego znad tych pdf’ów, a on widzi, że je widzisz, bo tablet masz na płasko. I on naprawdę zdaje się być szczególnie dumny z tych swoich jebanych kolorowanek. Siedzi oparty wygodnie, noga na nogę i szczerzy się do ciebie przyjaźnie, a ty się zastanawiasz, kto go, kurwa, przepuścił przez wstępną selekcję.
I już masz zacząć po nim jechać, gdy skądś wlatują motyle. Takie same jak na pdf’ach. Nie w skali, takie same. Czyli ogromne motyle A4. Siadają na nim i miziają go czułkami. I to wcale nie jest urocze, bo japa motyla w A4 wcale nie wygląda jakoś przyjaźnie. A on się do ciebie szczerzy jeszcze bardziej.
Bierzesz oddech.
— Osobiście wolę ważki — zaczynasz.