To był taki kran wystający ze ściany bloku,

którego dozorca używał do podlewania trawy w te naprawdę gorące dni. Czyli prawie nigdy.
Czasem po podlewaniu zapominał (albo nie chciało mu się) zamknąć zaworu gdzieś w piwnicy. Wtedy, tak około raz na rok, miało się do dyspozycji nieograniczoną ilość wody.
Było więc picie. Było napełnianie czego się tylko dało. Było kąpanie zaprzyjaźnionych psów. I mniej zaprzyjaźnionych kotów. Było introdukowanie żab do nowo powstałej, niesamowicie tymczasowej sadzawki.